24 kwietnia 2026 roku przekroczyłam bramę Centralnego Więzienia Colvale wraz z dwoma księżmi diecezjalnymi, moimi współsiostrami, kandydatkami, pracownikami Caritasu oraz świeckimi członkami Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, z sercem przepełnionym cichym oczekiwaniem. Jako siostra pallotynka, zawsze podziwiałam głęboką troskę i miłość, jaką nasz założyciel, św. Wincenty Pallotti, darzył więźniów, oraz to, jak jego serce kierowało się ku nim ze współczuciem, miłością i empatią. Jednak dzisiaj, gdy patrzyłam na budynek więzienia Colvale, podziw dla miłości i wsparcia, jakie nasz założyciel okazywał więźniom, wzrósł we mnie jeszcze bardziej.
Gdy tylko weszliśmy za bramę, otoczyła nas rzeczywistość życia więziennego. Procedury bezpieczeństwa były surowe. Każdy nasz krok był uważnie obserwowany, a każdy przedmiot sprawdzany. W ciszy przypomniałam sobie, że wchodzimy nie tylko do jakiegoś miejsca, ale w życie ludzi, którzy noszą w sobie niewidzialne brzemię i iskierkę nadziei. Kiedy w końcu dotarliśmy do sali odwiedzin, więźniarki zaczęły pojawiać się jedna po drugiej. Przyglądałam się ich twarzom, które mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa mogłyby wyrazić. Niektóre były pełne smutku, inne wydawały się pogrążone w myślach, a kilka twarzy nosiło w sobie cichą tęsknotę – być może za wolnością, a może po prostu za życzliwością i za powrotem do domu.
W tej chwili poczułam w sobie delikatne poruszenie. „To nie są tylko więźniarki” – pomyślałam. „To kobiety, każda z własną historią, każda z własnym bólem i każda wciąż głęboko ukochana przez Boga”. Odwiedziny i rozmowy rozpoczęły się wtedy, gdy stanęłam wśród nich, zjednoczona z nimi we wspólnym człowieczeństwie. Podczas modlitwy czułam, że choć nie była ona rozbudowana, niosła w sobie nadzieję, a w pomieszczeniu zapanowała cisza. Wkrótce kandydatki zaprezentowały taniec modlitewny oparty na słowach św. Wincentego Pallottiego: „Nic poza Bogiem, tylko Bóg”. Był on piękny w swej prostocie, ale to, co poruszyło mnie najbardziej, to nie sam występ – to była reakcja kobiet. Zauważyłam, jak ich oczy łagodnieją, a wyraz twarzy się zmienia. Coś się dokonało w sali, gdzie byliśmy. Zaczęłam od krótkiego słowa, aby podnieść je na duchu. Powiedziałam, że Bóg kocha każdego z nas bezwarunkowo, bez względu na to, gdzie i kim jesteśmy. Wyrył ich imiona na swojej dłoni, czego nie zrobił nikt inny na świecie. Że ich sytuacja wkrótce się zmieni; trzeba iść naprzód. Że Bóg ma dla nich plan i wysłał je na świat z misją, którą muszą wypełnić dzięki swojej wyjątkowości. Widziałam, jak twarze się rozjaśniają. Powiedziałam też, że Bóg tak bardzo je kocha, że dzisiaj wysłał nas, abyśmy spędzili z nimi ten czas i powiedzieli im, jak bardzo są dla Niego cenne. Gdyby nie On, nigdy nie spotkalibyśmy się na tej świętej ziemi.
Potem zabrzmiała muzyka. Na początku dało się wyczuć pewne wahanie. Ale stopniowo na twarzach pojawiły się uśmiechy. Zaczęły klaskać. I wkrótce te same kobiety, które weszły tu ze smutkiem w sercach, śpiewały, a nawet tańczyły razem z nami. Stałam tam, patrząc na nie z cichym zachwytem. Radość i nadzieja zagościły w tym miejscu, co wydawało się niemal nieprawdopodobne.
Jednym z najbardziej wzruszających momentów była ich reakcja na prośbę, by podzieliły się swoimi przeżyciami. Kilka kobiet wyszło przed szereg; ich głosy początkowo drżały, a jedna z nich powiedziała: „Tutaj uczę się wielu rzeczy o życiu”. Potem niektóre z nich nabrały odwagi i zaczęły śpiewać w swoich językach. Wyglądało to tak, jakby na krótką chwilę odzyskały część siebie, która dotąd była ukryta za murami i codzienną rutyną. Zagraliśmy w kilka prostych gier i sala wypełniła się śmiechem. Był to śmiech czysty i nieskrępowany. Odbił się echem w moim sercu. Niektóre z kobiet popłakały się, gdy usłyszały o Bogu. Pamiętam, że pomyślałam, jak niewiele potrzeba, by ktoś znów poczuł, że żyje.
Przed wyjściem odmówiliśmy końcową modlitwę, która tym razem wydawała się bardziej przejmująca – nie ze smutku, ale z głębokiej świadomości życia, na jakie patrzyłam. Przypomniałam sobie, że żadna ściana nie jest wystarczająco mocna, by oddzielić nas od Bożej miłości. Wtedy padły słowa, których nigdy nie zapomnę. Jedna z więźniarek, przemawiając w imieniu pozostałych, powiedziała cicho: „Dziękujemy za przybycie i za to, że sprawiliście, że czujemy się wyjątkowe. Czułyśmy się kochane, zaakceptowane i otoczone troską. Przez chwilę zapomniałyśmy o stresie i smutku. Dziękujemy za waszą miłość. Prosimy, módlcie się za nas, abyśmy jak najszybciej mogły wrócić do domu”.
Niosłam te słowa w sercu, gdy wychodziłyśmy przez bramy więzienia. Tego dnia poszłam tam z myślą, że przyniosę innym pociechę. Ale wróciłam przemieniona i przekonana o mocy Zmartwychwstania Pana, działającej w naszym życiu. Widziałam Chrystusa w ich twarzach, w ich bólu, w ich odwadze i pragnieniu bycia dostrzeżoną. I zrozumiałam, głębiej niż kiedykolwiek wcześniej, że naszą misją jest nie tylko służba, ale także spotkania i dawanie nadziei. W tym momencie nasz charyzmat stał się dla mnie żywy. Nawet za kratami żyje nadzieja, a czasami wystarczy tylko, że ktoś wejdzie i ją obudzi.
Dziękuję Bogu za wspaniałą spuściznę naszego Założyciela, św. Wincentego Pallottiego, który dał nam przykład i zainspirował nas do miłości wobec osób przebywających w więzieniu. Jestem wdzięczna Bogu za ten dar, za to, że pozwolił mi przeżyć to doświadczenie i nauczył mnie szanować godność każdej osoby bez żadnych uprzedzeń. Jak podkreśla papież Franciszek w swojej encyklice Fratelli Tutti: „Każdy człowiek, zwłaszcza ci, którzy są marginalizowani, uwięzieni lub zapomniani, musi być traktowany z szacunkiem, współczuciem i miłością, ponieważ ich godność pochodzi od Boga i nigdy nie może zostać im odebrana”.
Tekst: s. Inacinha Fernandes SAC
Zdjęcie: dzięki uprzejmości zespołu
